Jeśli posiadasz konto na portalu - zaloguj się, jeśli go nie posiadasz zarejestruj się.
Opowieść ta nie jest opisem typowej wyprawy przyrodniczej. Chciałem jednak na jej przykładzie pokazać i udowodnić, że prawdziwy miłośnik przyrody jest zawsze przygotowany na różne niespodzianki i rzadkości terenowe, niezależnie od tego gdzie i w jakim czasie się znajduje. Otóż moja przygoda z bardzo rzadką w Polsce sową - syczkiem (łac. Otus scops) rozpoczęła się zupełnie przypadkowo podczas pobytu wypoczynkowego z rodziną w Turcji na wybrzeżu Morza Śródziemnego w typowym kurorcie turystycznym. W takiej niewielkiej miejscowości mieszkańcy żyją tylko i wyłącznie dzięki turystyce, gdyż ośrodki znajdują się tam wręcz jeden obok drugiego. Ośrodek mój był położony w prześwietlonym lesie sosnowym gdzie rozłożyste korony dorodnych drzew są ukryciem i domem dla wielu stworzeń. Samo spotkanie z tą ciekawą sową zaczęło się dość śmiesznie, aczkolwiek w sposób typowy jak dla ptaków, bo od kontaktu z jej głosem. Po kilku dniach pobytu w ośrodku zwróciłem uwagę (a wręcz chciałem iść zgłosić ten fakt do recepcji hotelu jako uciążliwy) na monotonny, powtarzający się codziennie od wieczora do późnych godzin nocnych hałas. Myślałem, że są to dźwięki wydawane przez zraszacze rozmieszczone na terenie całego ośrodka, jako że dla podtrzymania tak bujnej roślinności w tym upale musi być ona regularnie co wieczór intensywnie podlewana. Były to powtarzane przez kilka godzin z dużą regularnością (co około 2 – 3 sekundy) jednostajne, specyficzne gwizdy „tjuu”, które na dłuższą metę (szczególnie ich monotonność gdy chce się zasnąć w nocy J) mogą przyprawić o ból głowy. Dobiegały one z różnych miejsc ośrodka.
Jakże wielkie było moje zdziwienie gdy pewnego dnia czekając o zmierzchu na balkonie naszego pokoju, aż reszta rodziny wyszykuje się do kolacji po całym dniu aktywnego opalania, zacząłem sobie gwizdać wtórując tym tajemniczym dźwiękom. O mało co nie spadłem z fotela gdy po kilku minutach na rogu sąsiedniego balkonu (w odległości 4-5m) usiadła nieduża (wielkości szpaka) brązowo-szara sowa, która z wielkim zaciekawieniem przyglądała mi się przez dłuższy czas. Zamarłem w bezruchu lub raczej będę bliżej prawdy jeśli powiem, że osłupiałem ze zdziwienia. Zobaczyłem jak się potem okazało sowę - syczka, która jest bardzo rzadka w Polsce, a w Turcji często spotykana. Była to młoda tegoroczna sówka, która myślała, że jeden z jej rodziców nawołuje ją i ma dla niej jakiś smakołyk do zjedzenia. Ponieważ siedziałem nieruchomo (no bo w takim upale to i człowiek staje się „osowiały” J) podleciała naprawdę blisko i w ogóle się nie bała.
Od tego momentu oszalałem na punkcie uwiecznienia tego ptaka na kliszy mojego aparatu. Zaczęliśmy codziennie później chodzić na kolację, ponieważ biegałem z aparatem po ośrodku śledząc tajemniczy do niedawna głos. Jak się później okazało była to cała rodzinka młodych sów. Syczki dawały się podejść na niedużą odległość. Były mocno wygłodniałe po upalnym dniu (temperatury w południe sięgały 44 st. C), który zwykle przesiadywały ukryte w gąszczu zieleni drzemiąc w półśnie (patrz zdjęcie) oczekując na wieczór i noc. Czasami zdarzało się, że widziałem w ich pobliżu rodziców. Niemniej jednak dorosłe ptaki były bardziej bojaźliwe i przyglądały mi się z dużo większej odległości. Efekty moich nocnych eskapad załączam w postaci zdjęć. Temat sów tak zdominował mój pobyt na urlopie wypoczynkowym, że nawet w ciągu dnia spacerując po ośrodku miałem oczy szeroko otwarte jak sowa nocą. Moja czujność przyrodnika – eksploratora została nagrodzona, gdyż pewnego dnia znalazłem maluchy ukryte w gąszczu zielonych krzaków, nieopodal kortów tenisowych (co uwieczniłem na zdjęciach) cierpliwie czekające na nadejście chłodniejszego J (około dwudziestu kilku st. C) wieczoru, kiedy to aktywność ich znacząco wzrastała. Ogólnie wyjazd mogę podsumować jako niezwykle udany ponieważ wszyscy wrócili z niego zadowoleni. Żona i syn wypoczęci i opaleni, a tata Paweł szczęśliwy ze spotkania tak niezwykłej i rzadkiej w Polsce sowy, którą na dodatek udało mu się udokumentować na zdjęciach. Oczywiście doświadczeni „ptasiarze” wiedza, że Turcja (a szczególnie cieśnina Bosfor i wzgórza Istambułu) jest mekką dla tych, którzy chcą „zaliczyć” wiele gatunków różnych ptaków w krótkim czasie. Są tam miejsca gdzie uzbrojeni w lunety ornitolodzy godzinami siedzą i śledzą niebo wyszukując na przelotach rzadkości ornitologiczne. Gorąco polecam tego typu aktywny wypoczynek, bo zadowoli on tych którzy chcą się „wybyczyć”, ale i tych, którzy chcą od życia coś więcej.
Z sowim pozdrowieniem,bliski kolega syczka
Paweł Wacławik
pasjonatów i miłośników o różnorodnym doświadczeniu i osiągnięciach.
Komentarze3
No to urlop sie udał. Pofociłeś, opaliłeś się no i rzecz jasna wyspałeś sie :D
Ja to ja ale w tym wszystkim Krzychu najważniejsze jest to, że wszyscy byli zadowoleni - żona i syn też. A i udało się połączyć przyjemne z pożytecznym :-)!
A więc wszyscy szcześliwi i o to chodz!!! Super spotkanie i przeżycia--gratuluję